Wierszyki Jana Brzechwy dla dzieci

    wierszyki jana brzechwy dla dzieci

    Mamy dla Was ciekawy zbiór do czytania czy też słuchania wierszy Brzechwy. Właściwie jest to Jan Wiktor Lesman, poeta który urodził się w 1906 roku. Jest autorem wielu znanych bajek oraz wierszy dla dzieci. W jednym miejscu czeka na Was bogata twórczość tego wspaniałego polskiego poety.

    Na straganie

    Na straganie w dzień targowy
    Takie słyszy się rozmowy:

    „Może pan się o mnie oprze,
    Pan tak więdnie, panie koprze.”

    „Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
    Leżę tutaj już od wtorku!”

    Rzecze na to kalarepka:
    „Spójrz na rzepę – ta jest krzepka!”

    Groch po brzuszku rzepę klepie:
    „Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?”

    „Dzięki, dzięki, panie grochu,
    Jakoś żyje się po trochu.

    Lecz pietruszka – z tą jest gorzej:
    Blada, chuda, spać nie może.”

    „A to feler” –
    Westchnął seler.

    Burak stroni od cebuli,
    A cebula doń się czuli:

    „Mój Buraku, mój czerwony,
    Czybyś nie chciał takiej żony?”

    Burak tylko nos zatyka:
    „Niech no pani prędzej zmyka,

    Ja chcę żonę mieć buraczą,
    Bo przy pani wszyscy płaczą.”

    „A to feler” –
    Westchnął seler.

    Naraz słychać głos fasoli:
    „Gdzie się pani tu gramoli?!”

    „Nie bądź dla mnie taka wielka” –
    Odpowiada jej brukselka.

    „Widzieliście, jaka krewka!” –
    Zaperzyła się marchewka.

    „Niech rozsądzi nas kapusta!”
    „Co, kapusta?! Głowa pusta?!”

    A kapusta rzecze smutnie:
    „Moi drodzy, po co kłótnie,

    Po co wasze swary głupie,
    Wnet i tak zginiemy w zupie!”

    „A to feler” –
    Westchnął seler.

    Pomidor

    Pan pomidor wlazł na tyczkę
    I przedrzeźnia ogrodniczkę.
    „Jak pan może,
    Panie pomidorze?!”

    Oburzyło to fasolę:
    „A ja panu nie pozwolę!
    Jak pan może,
    Panie pomidorze?!”

    Groch zzieleniał aż ze złości:
    „Że też nie wstyd jest waszmości,
    Jak pan może,
    Panie pomidorze?!”

    Rzepka także go zagadnie:
    „Fe! Niedobrze! Fe! Nieładnie!
    Jak pan może,
    Panie pomidorze?!”

    Rozgniewały się warzywa:
    „Pan już trochę nadużywa.
    Jak pan może,
    Panie pomidorze?!”

    Pan pomidor zawstydzony,
    Cały zrobił się czerwony
    I spadł wprost ze swojej tyczki
    Do koszyczka ogrodniczki.

                                                                                                Hipopotam

    Zachwycony jej powabem
    Hipopotam błagał żabę:

    „Zostań żoną moją, co tam,
    Jestem wprawdzie hipopotam,
    Kilogramów ważę z tysiąc,
    Ale za to mógłbym przysiąc,
    Że wzór męża znajdziesz we mnie
    I że ze mną żyć przyjemnie.
    Czuję w sobie wielki zapał,
    Będę ci motylki łapał
    I na grzbiecie, jak w karecie,
    Będę woził cię po świecie,
    A gdy jazda już cię znuży,
    Wrócisz znowu do kałuży.
    Krótko mówiąc – twoją wolę
    Zawsze chętnie zadowolę,
    Każdy rozkaz spełnię ściśle.
    Co ty na to?”

    „Właśnie myślę…
    Dobre chęci twoje cenię,
    A więc – owszem. Mam życzenie…”

    „Jakie, powiedz? Powiedz szybko,
    Moja żabko, moja rybko,
    I nie krępuj się zupełnie,
    Twe życzenie każde spełnię,
    Nawet całkiem niedościgłe…”

    „Dobrze, proszę: nawlecz igłę!”

    Kaczka dziwaczka

    Nad rzeczką opodal krzaczka
    Mieszkała kaczka-dziwaczka,
    Lecz zamiast trzymać się rzeczki
    Robiła piesze wycieczki.

    Raz poszła więc do fryzjera:
    „Poproszę o kilo sera!”

    Tuż obok była apteka:
    „Poproszę mleka pięć deka.”

    Z apteki poszła do praczki
    Kupować pocztowe znaczki.

    Gryzły się kaczki okropnie:
    „A niech tę kaczkę gęś kopnie!”

    Znosiła jaja na twardo
    I miała czubek z kokardą,
    A przy tym, na przekór kaczkom,
    Czesała się wykałaczką.

    Kupiła raz maczku paczkę,
    By pisać list drobnym maczkiem.
    Zjadając tasiemkę starą
    Mówiła, że to makaron,
    A gdy połknęła dwa złote,
    Mówiła, że odda potem.

    Martwiły się inne kaczki:
    „Co będzie z takiej dziwaczki?”

    Aż wreszcie znalazł się kupiec:
    „Na obiad można ją upiec!”

    Pan kucharz kaczkę starannie
    Piekł, jak należy, w brytfannie,

    Lecz zdębiał obiad podając,
    Bo z kaczki zrobił się zając,
    W dodatku cały w buraczkach.
    Taka to była dziwaczka!

    Kwoka

    Proszę pana, pewna kwoka
    Traktowała świat z wysoka
    I mówiła z przekonaniem:
    „Grunt to dobre wychowanie!”
    Zaprosiła raz więc gości,
    By nauczyć ich grzeczności.
    Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym
    W progu garnek stłukł kopytem.
    Kwoka wielki krzyk podniosła:
    „Widział kto takiego osła?!”
    Przyszła krowa. Tuż za progiem
    Zbiła szybę lewym rogiem.
    Kwoka gniewna i surowa
    Zawołała: „A to krowa!”
    Przyszła świnia prosto z błota.
    Kwoka złości się i miota:
    „Co też pani tu wyczynia?
    Tak nabłocić! A to świnia!”
    Przyszedł baran. Chciał na grzędzie
    Siąść cichutko w drugim rzędzie,
    Grzęda pękła. Kwoka wściekła
    Coś o łbie baranim rzekła
    I dodała: „Próżne słowa,
    Takich nikt już nie wychowa,
    Trudno… Wszyscy się wynoście!”
    No i poszli sobie goście.
    Czy ta kwoka, proszę pana,
    Była dobrze wychowana?

    Żuk

    Do biedronki przyszedł żuk,
    W okieneczko puk-puk-puk.

    Panieneczka widzi żuka:
    „Czego pan tu u mnie szuka?”

    Skoczył żuk jak polny konik,
    Z galanterią zdjął melonik

    I powiada: „Wstań, biedronko,
    Wyjdź, biedronko, przyjdź na słonko.

    Wezmę ciebie aż na łączkę
    I poproszę o twą rączkę”

    Oburzyła się biedronka:
    „Niech pan tutaj się nie błąka,
    Niech pan zmiata i nie lata,
    I zostawi lepiej mnie,
    Bo ja jestem piegowata,
    A pan – nie!”

    Powiedziała, co wiedziała,
    I czym prędzej odleciała,

    Poleciała, a wieczorem
    Ślub już brała – z muchomorem,

    Bo od środka aż po brzegi
    Miał wspaniałe, wielkie piegi.

    Stąd nauka
    Jest dla żuka:
    Żuk na żonę żuka szuka.

    Stonoga

    Mieszkała stonoga pod Biała,
    Bo tak się jej podobało.
    Raz przychodzi liścik mały
    Do stonogi,
    Że proszona jest do Białej
    Na pierogi.
    Ucieszyło to stonogę,
    Więc ruszyła szybko w drogę.

    Nim zdążyła dojść do Białej,
    Nogi jej się poplątały:
    Lewa z prawą, przednia z tylną,
    Każdej nodze bardzo pilno,
    Szósta zdążyć chce za siódmą,
    Ale siódmej iść za trudno,
    No, bo przed nią stoi ósma,
    Która właśnie jakiś guz ma.

    Chciała minąć jedenastą,
    Poplątała się z piętnastą,
    A ta znów z dwudziestą piątą,
    Trzydziesta z dziewięćdziesiątą,
    A druga z czterdziestą czwartą,
    Choć wcale nie było warto.

    Stanęła stonoga wśród drogi,
    Rozplątać chce sobie nogi;
    A w Białej stygną pierogi!

    Rozplątała pierwszą, drugą,
    Z trzecią trwało bardzo długo,
    Zanim doszła do trzydziestej,
    Zapomniała o dwudziestej,
    Przy czterdziestej już się krząta,
    „No, a gdzie jest pięćdziesiąta?”
    Sześćdziesiątą nogę beszta:
    „Prędzej, prędzej! A gdzie reszta?”

    To wszystko tak długo trwało,
    Że przez ten czas całą Białą
    Przemalowano na zielono,
    A do Zielonej stonogi nie proszono.

    Żaba

    Pewna żaba
    Była słaba
    Więc przychodzi do doktora
    I powiada, że jest chora.

    Doktor włożył okulary,
    Bo już był cokolwiek stary,
    Potem ją dokładnie zbadał,
    No, i wreszcie tak powiada:

    „Pani zanadto się poci,
    Niech pani unika wilgoci,
    Niech pani się czasem nie kąpie,
    Niech pani nie siada przy pompie,
    Niech pani deszczu unika,
    Niech pani nie pływa w strumykach,
    Niech pani wody nie pija,
    Niech pani kałuże omija,
    Niech pani nie myje się z rana,
    Niech pani, pani kochana,
    Na siebie chucha i dmucha,
    Bo pani musi być sucha!”

    Wraca żaba od doktora,
    Myśli sobie: „Jestem chora,
    A doktora chora słucha,
    Mam być sucha – będę sucha!”

    Leczyła się żaba, leczyła,
    Suszyła się długo, suszyła,
    Aż wyschła tak, że po troszku
    Została z niej garstka proszku.

    A doktor drapie się w ucho:
    „Nie uszło jej to na sucho!”

    Siedmiomilowe buty

    Pojechał Michał pod Częstochowę,
    Tam kupił buty siedmiomilowe.

    Co stąpnie nogą – siedem mil trzaśnie,
    Bo Michał takie buty miał właśnie.

    Szedł pełen dumy, szedł pełen buty,
    W siedmiomilowe buty obuty.

    W piętnaście minut był już w Warszawie:
    „Tutaj – powiada – dłużej zabawię!”

    Żona spojrzała i zapłakała:
    „Już nie dopędzę mego Michała.”

    Dzieci go ciągle tramwajem gonią,
    A on już w Kutnie, a on już w Błoniu.

    Wybrał się Michał z żoną do kina,
    Lecz zawędrował do Radzymina.

    Chciał starszą córkę odwiedzić w mieście,
    Adres – wiadomo – Złota 30.

    Poszedł piechotą, bo było blisko,
    Trafił na Złotą, ale w Grodzisku.

    Raz się umówił z teściem na rynku,
    Zanim się spostrzegł – był w Ciechocinku.

    Pobiegł z powrotem, myśląc, że zdąży,
    I wnet się znalazł na rynku… w Łomży.

    Chciał do Warszawy powrócić wreszcie.
    Ale co chwila był w innym mieście:

    W Kielcach, w Kaliszu, w Płocku, w Szczecinie
    I w Skierniewicach, i w Koszalinie.

    Nie mógł utrafić! Więc pod Opocznem
    Jęknął żałośnie: „Tutaj odpocznę!”

    Usiadł i spojrzał ogromnie struty
    Na swoje siedmiomilowe buty,

    Zdjął je ze złością, do wody wrzucił
    I na bosaka do domu wrócił.

    Samochwała

    Samochwała w kącie stała
    I wciąż tak opowiadała:

    „Zdolna jestem niesłychanie,
    Najpiękniejsze mam ubranie,
    Moja buzia tryska zdrowiem,
    Jak coś powiem, to już powiem,
    Jak odpowiem, to roztropnie,
    W szkole mam najlepsze stopnie,
    Śpiewam lepiej niż w operze,
    Świetnie jeżdżę na rowerze,
    Znakomicie muchy łapię,
    Wiem, gdzie Wisła jest na mapie,
    Jestem mądra, jestem zgrabna,
    Wiotka, słodka i powabna,
    A w dodatku, daję słowo,
    Mam rodzinę wyjątkową:
    Tato mój do pieca sięga,
    Moja mama – taka tęga
    Moja siostra – taka mała,
    A ja jestem – samochwała!”

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here